Prezentacje z książek wydawanych przez wydawnictwo Abilion. Lepiej zapoznać się fragmentarycznie z treścią konkretnej pozycji książkowej zanim sięgnie się po całość.

    • Kategoria: Prezentacje
    • Odsłony: 90
    Opinia czytelników: 5 / 5
    Rudolf Jašík: Plac Świętej Elżbiety
    Rudolf Jašík: Plac Świętej Elżbiety

    Maks pokuśtykał. Laska go podpierała. Szedł przez szeroki Plac długo, niczym przez szerokie morze. Na podwórze Igora.
    Igor siedział za stołem i pił kawę.
    Otwarte okno się zasłoniło.
    – Maks! – ze strachu krzyknął Igor, widząc w oknie czarny cień z żółtą podłużną twarzą. Było to tak nieprawdziwe w porównaniu do błękitnego nieba, przerażająco czarne.
    Maksa posadzili do stołu.
    – Nie, nie! – bronił się, gdy Ewa podała mu garnuszek z wrzącą białą kawą. Garnuszek odstawił na bok.
    Kawa, chociaż nieprawdziwa, roztaczała przyjemną woń. Drażniła nozdrza Maksa. Maks wiedział, że to pachnie miłość i szczęście. Wciągał opary w siebie tak mocno, że świstało mu w piersiach. Ale chora dusza nie dała na siebie długo czekać i krzyknęła:
    „Co z taką rozkoszą wciągasz w siebie zapachy? Miłości ci potrzeba, szczęścia? Nie wstydzisz się?”
    – Pij Maks – Igor częstuje starca, a gdyby nie żal, zapytałby go: – Co z tobą, Maks? Do ciebie dusza wchodzi już tylko spać?
    – Nie będę – odmówił Maks. Tylko zapach wciągał. Ciału przydałoby się coś ciepłego, ale on mu nie pozwolił.
    – Dlaczego jesteś taki smutny, Maks? – ostrożnie zagadnął Igor, patrząc jak Ewa siada przy stole.
    – Pij, Maks, pij! Kawa jest smaczna, dobrze ją posłodziłam – przekonywała go Ewa.
    – Smutny, kawa, ach! Ani jedno, ani drugie – w piersiach mu zagwizdało. Za każdym razem jak wydychał – zagwizdało. Przez chwilę jakby myśli mu zniknęły, bez zainteresowania patrzył przed siebie, ponad głowę Igora, a potem chrapliwie przemówił:
    – Igor!
    Do izby matki Igora wkradła się cisza.
    – Kobietę masz Żydówkę – brodaty zakrakał. Nachylał się nad stołem, aby być jak najbliżej Igora.
    Igor odsunął piętkę chleba od ust.
    A dziewczynie bez gwiazdy, jeszcze przed chwilą zadowolonej, że może obsłużyć swojego pierwszego gościa, zaparło dech w piersiach i złapała się za serce. Jej przepiękne oczy pociemniały z bólu.
    Odeszła.

    • Kategoria: Prezentacje
    • Odsłony: 309
    Opinia czytelników: 5 / 5
    Radovan Brenkus: Śnienie z bestią
    Radovan Brenkus: Śnienie z bestią

    Widać znane twarze w obcych,
    bo celem ruchu nie jest ruch.
    Pływa się, nieustannie pływa.
    I chociaż człowiek, morski wilk,
    myśli o białej fladze,
    swoją wyspę musi znaleźć bez szukania.
    Boju z falami nie poddaje,
    nawet jeśli wie, że rozbije się
    w nocnej burzy bez chmur.
    Gdy z ruchu ryb odczyta wrażliwość wody,
    przesłanie morza w szczerym płaczu,
    wyśle list w butelce. A fale
    przed tym okrutnie obojętne,
    ockną się, aż się do niego nachylą,
    wraki wynurzą skrzynie skarbów
    i w zmarszczkach rozkwitnie piana,
    gdyż przy spojrzeniu na lot ptaków,
    jemu podobnych kompanów,
    po drugiej stronie morza leży
    inna o żeglugę wyspa.

    • Kategoria: Prezentacje
    • Odsłony: 463
    Opinia czytelników: 5 / 5

    Jan Belcik

    Do milczenia
    Pamięci Juliana Przybosia, w 45 rocznicę śmierci

    Nie wiem czy w moich wierszach
    Wziąłem sobie do serca
    Przykazanie usprawniania języka
    Jako najbardziej społecznego narzędzia

    Wiem
    Że tylko zdążałem
    Do skondensowania aluzji
    Jak we flarze lasek dynamitu
    W najmniejszej ilości zdań
    Do minimum słów
    A czasem do jednego

    Wiem
    Że najczęściej
    – zgodnie z Twą maksymą –
    Dążyłem
    Do milczenia

    2015

    • Kategoria: Prezentacje
    • Odsłony: 582
    Opinia czytelników: 5 / 5

    Portrety z bliska

    Jana Bodnárová
    Prawie niewidzialna

    W sklepie z odzieżą, w ciemnym, zapyziałym, ze źle uszytymi damskimi sukienkami i kostiumami, marynarkami, bawełnianą bielizną napchaną do drewnianych regałów, obszarpanych jak sklepy z minionych czasów, spotkałam starszą kobietę. Była tak niezwykłym typem, przy którym jest mi zawsze przykro, że nie mam przy sobie aparatu fotograficznego. Drobna – sięgała mi nieco ponad łokieć – ubrana w długą suknię i płaszcz trzy czwarte, to wszystko niczym z zakurzonych teatralnych garderób. Na ciemieniu głowy miała uplecioną z czarnej wełny czapkę kuriozalnie spłaszczoną do takiej szerokości, że przypominała krowie łajno. Pod brodą była ściągnięta sznurkiem. Spod czapki sterczały półdługie, nieuczesane siwe włosy. Paluszkami niemal dziecinnej dłoni gładziła materiały kostiumów i marynarek... Gdy zapytała o cenę jednego z nich, tęga sprzedawczyni, która za ladą leniwie robiła na drutach, odburknęła. – Cztery tysiące pięćset.
    – O! Niemało! Niemało! No, aż dostaniemy... Porządny krój, bardzo porządny... ale myślę..., słowa przeszły w szept – jej głos był w ogóle szepcący, chociaż słowa wypowiadała z wyraźną dykcją.
    Taki głos należy do człowieka z głęboką inteligencją i delikatnością, pomyślałam sobie i całkowicie wykluczyłam swoją pierwotną myśl, że ta staruszka jest umysłowo chora albo dotknięta demencją. Pomyślałam, że jest to tylko na swój sposób niezwykła starsza kobieta, która osobliwym ubiorem daje znać o swojej niezależności, świadomym nieprzystosowaniu. Koniec końców w Nowym Yorku, Paryżu albo w sąsiednim Użhorodzie czy Mukaczewie, gdzie bieda tworzy najbardziej zaskakującą modę, zostałaby niezauważona. Chwilę później spotkałam ją na ulicy. Niepostrzeżenie krążyła wokół kosza z odpadkami. Tylko tak, jakby mimochodem coś z niego wyjęła i włożyła do wielkiej, płaskiej torby. Chwilę się wahałam, żeby ją zaczepić, zaprosić do atelier do J., i z detalami oraz uczuciem sfotografować jej starą mleczno-białą twarz, z ostrą brodą, okrągłymi, nieprzysłoniętymi szaleństwem ani sklerozą niebieskimi oczami, całkiem jasnymi, z drobnymi, miernie roztrzęsionymi ustami. Zauważyła, że ją obserwuję i szybko odeszła. Z daleka widziałam, jak z kimś niewidzialnym rozmawia, pokazuje mu coś przed siebie i w obie strony, coś co widzi tylko ich dwoje, dwie albo wielu – jako jedyni i sami na całym świecie. Spotkałam ją w tym dniu jeszcze raz. Siedziała w cukierni na ulicy Komeńskiego. Łakomie jadła roladę biszkoptową. Potem swoim motylim głosem zawołała do kelnerki.

    • Kategoria: Prezentacje
    • Odsłony: 605
    Opinia czytelników: 5 / 5

    Jerzy Stefan Nawrocki
    Śwetaketu

    Mikroskopijne wrzecionko niosło w sobie niewidzialną iskierkę tajemniczej Energii Życia. Wędrowało przed siebie resztkami sił coraz wolniej i wolniej, pchane ruchami swojej niewielkiej witki. Półpłynne otoczenie wokół jakby wciąż gęstniało. Obojętnie mijało inne wrzecionka, które wcześniej pozbawione sił na zawsze wyczerpane, ustały. One nie emanowały już żadnego biopola, stanowiącego ich oczy. Lecz to wrzecionko – niedostrzegalna drobina zwartej i ukierunkowanej energii, które wcześniej własnymi siłami zbudowało dla siebie wrzecionkowaty pojazd niby człon napędowy kosmicznej rakiety – wciąż jeszcze niosło w sobie moc i oto nagle zjawiła się przed nim ogromna obła powierzchnia. Ta, której nie znało, ale szukało zgodnie z nierozumianym, lecz obowiązującym nakazem zapisanej w nim niezbędnej Mądrości. Ta mądrość nakazywała wędrówkę. Była zakodowanym instynktem Istnienia.

    • Kategoria: Prezentacje
    • Odsłony: 614
    Opinia czytelników: 5 / 5

    Marta Świderska-Pelinko
    Wędrowanie

    REMEDIUM

    od błękitu po błękit
    nie czas płakać
    nie czas umierać

    świat jak co dzień
    siedzi na naszym progu
    pod cedrowym drzewem

    słońce i deszcz
    nie dosięgają tutaj
    drążą skałę w dolinie

    a ona z nami rozmawia
    dostrzega pełnię
    w źrenicy wszechświata

    • Kategoria: Prezentacje
    • Odsłony: 603
    Opinia czytelników: 5 / 5

    Joanna Turczyn
    Daleko od słów

    Proces

    Jakie winno być pisanie? Ze wszystkiego, co czytam, lubię to tylko, co krwią było pisane. Pisz krwią, a dowiesz się, że krew jest duchem, napisał Nietzsche.
    Pisanie może mieć smak dojrzałych czereśni. Najlepiej smakują. Pamiętasz, wszedłeś do sadu. Lśniły pomiędzy zielenią, bardziej soczyste niż sama zieleń. Garściami wciskałeś do ust, nie chciałeś uronić soku, a jednak niewielka strużka zawsze gdzieś spłynęła. Łapałeś niepokorną końcem języka, by na jego krawędzi poczuć jeszcze przez chwilę zapach, smak. Nienasycony. Mrużyłeś oczy. Nie, nie przed słońcem. Wciąż rwałeś. Do rąk lepiło się powietrze, rześkie i barwne. Sam nadałeś mu kolor. Jedyne co przeszkadzało to pestka. Nim zdążyłeś wbić się w miąższ, natrafiałeś na ostry kant. Nauczyłeś się go omijać, ssałeś nieprzyzwoicie wokół. A im bardziej byłeś zachłanny, połykałeś i ją. Nie przeszkadzało ci, gdy szept wznosił w przedświt chmarę strwożonych szpaków, a pośród korzeni mieniło się tysiące pestek. Nie przeszkadzały nawet dzieciaki, zakradające się do sadu, otrząsające gałąź po gałęzi. Nie było ci żal, gdy owoc z trzaskiem spadał na ziemię, a po pniu płynął sok albo krew. Nie przejmowałeś się zającami obrączkującymi drzewka. Nie twoje. Nauczyłeś się pluć pestkami, czasem dyskretnie, czasem z typową dla siebie nonszalancją. I nim się spostrzegłeś wrosłeś w ten sad. Stał się każdą twoją cząstką, oddychał tak samo. Znów zbierałeś ponad słowami, ale inaczej – odpowiedzialnie. Oswoiłeś drzewa. Szukałeś skrawków pierwszej wiosny. Pomiędzy dzikimi pędami nic nowego pod słońcem stawało się pierwsze. Ważne. Z namysłem stawiane litery już nie milkły przy małej kropce. Oddychały wyszeptanym zdaniem, głaskały policzek ciepłym wyrazem. Czasem były wykrzyknikiem. Znów zapragnąłeś być embrionem, nieskażonym słowem, które śnisz i chcesz, by je śniono. Przeszedłeś nie wiadomo skąd do nie wiadomo dokąd. Jeszcze nie tak dawno sam byłeś czytelnikiem. Jedno co wiedziałaś to, to: Nie łatwo cudzą krew zrozumieć. Widziałeś, jak:

    • Kategoria: Prezentacje
    • Odsłony: 628
    Opinia czytelników: 5 / 5

    Ľudovít Petraško
    Skarb w studni

    Źle się człowiekowi wiedzie, kiedy go chytrość owładnie – na złe ścieżki go zawiedzie, i zgubić może. Tak jak tę dobrze urodzoną panią z liczartowskiego zamku. Za groszem była tak skąpa, że drugiej by takiej nie znalazł, pchłę by goniła do Lemieszan, a do tego ani by sobie niczym nie dogodziła. Nikt przy niej nie wytrzymał, ba ona sama prędzej czy później każdego od siebie odstraszyła, aby tylko na daremno nie wyrzucać pieniędzy.
    Jednak trafił się sługa, który jej we wszystkim dogodził, w najmniejszym detalu uspokoił. O nic nie pytał, sam od siebie każdą robotę wykonał, bóg wie, skąd się taki wziął. Tak czy owak, pani z ochotą znosiła go przy sobie.
    Wybrała się raz gdzieś powozem, sługa na koźle końmi poganiał. Przejeżdżali obok studni, kiedy się pani zachciało pić. Kazała zatrzymać i sługa pobiegł z dzbankiem po wodę. Nagiął się nad skraj studni, lecz na jej spodzie ani kropla nie błysnęła. Woda wyschła, za to przy samym dnie ujrzał jakieś drzwiczki. Wytężał wzrok jak potrafił, bo studnia była porządnie głęboka, ale naprawdę, nie wydawało mu się, wzrok go nie mylił. Gdy się znowu wyciągnął, uderzył go w twarz konarek a na nim kluczyk przywiązany.
    Pewnie od tych drzwiczek? Pomyślał sobie. Zabrał kluczyk i wrócił do swej pani opowiadać, co znalazł.
    W skąpą od razu weszło życie. – Zejdziesz na dół, – nakazała mu, – i zobaczysz, co jest za tymi drzwiczkami! Na pewno tam zbóje ukryli skarb.

    • Kategoria: Prezentacje
    • Odsłony: 662
    Opinia czytelników: 5 / 5

    Zakamarki
    (I międzynarodowe warsztaty literackie)

    Marek Petrykowski

    Ty

    Jesteś lekka, pochwycona szumem wiatru.
    Pachniesz wiązanką rozchylonych kwiatów
    zabranych ziemi.

    Czyżbyś była ranną rosą, perłą, tęsknotą za milczeniem
    nieprzetworzonym w dotykalne słowo?

    Chyba już wiem.
    Słyszę niekiedy w półśnie głos i jego pozłotę.
    To Ty.

    W mglisto-parnej wilgoci niewyspanych poranków
    muskasz lilie w naszym niezasadzonym ogrodzie.

    • Kategoria: Prezentacje
    • Odsłony: 625
    Opinia czytelników: 5 / 5

    Shyhta 2015
    (almanach literacki)

    Aldona Borowicz

    ***

    Zszarzał błękit, posmutniały dni.
    Przywracam życiu zapomniane
    obrazy i deszcz.
    Przypinam liść do drzewa
    i słońce do nieba.

    Śnieg pobielił szarą codzienność.
    Może za chwilę zostanę lodowcem
    otoczonym krą jak pancerzem

    Przede mną staw plankton w nim
    się mnoży i rozrasta na przekór
    szarości. Pod skorupą lodu giną
    bardziej okazałe ryby.

    Nie rzępol, Orfeuszu. Po licha
    ci cytra? Nie spłodziłeś syna,

    drzewa-ś nie zasadził...

    Lepiej rozpal słońce,
    Niech ogrzeje piasek na plaży.

Strona 1 z 2